O Wojtku z Kalwarii

 

wojtek- Znowu ci tylko te książki w głowie. Skaranie boskie z tym chłopakiem.
Do roboty byś się wziął!
Te i inne pokrzykiwania ojca znał Wojtek już na pamięć. Nie chciał tak, jak stary sklepikarz spędzić reszty życia harując od świtu do nocy w polu i sklepie. Starsi bracia uciekli przed służbą w cesarskim wojsku, hen za morza. Nawet listy z Ameryki rzadko przychodziły. A może i oni nie chcieli pracować u ojca? Znosił Wojtek cierpliwie tę dolę i w każdej wolnej chwili czytał książki, starannie skrywane na strychu. Aż wreszcie za uciułany skwapliwie grosz kupił ubranie, solidne buty i postanowił pójść do gimnazjum w Dobromilu. Przekonał siostrę a ta udobruchała ojca, by dał zgodę na naukę. Wojtek obiecał, że będzie co tydzień przychodził i pomagał jak dawniej. Leśną drogą, polem, kilkanaście kilometrów szedł, nie bacząc na mróz, słotę czy skwar lejący się z nieba. W szkole był jednym z najlepszych, szczególnie lubił matematykę. Wkrótce mógł korepetycjami dorobić na swe utrzymanie i nie prosić ojca o wsparcie.
Aż wreszcie dostał upragnione świadectwo i ruszył do Lwowa. Tam na Politechnice, na wydziale rolniczo-lasowym zaczął studia.
- Jakież piękne to miasto, jakież ogromne – myślał patrząc z Wysokiego Zamku. Lubił, w wolnym od nauki i pracy korepetytora czasie, przechadzać się ulicami królewskiego miasta. Raz, idąc ulicą Akademicką zajrzał przez szybę do znanej kawiarni i było tak, jak mówili koledzy: oto profesorowie Stożek, Hugo Steinhaus, Bartel i inni wiodą swoje uczone dysputy przy kawiarnianym stoliku. Słychać ich rozbawione głosy, gwar kawiarni.  Wojtek z dumą myśli o piątce z geometrii wykreślnej u prof. Bartla. Dostał ją za to, jak wziął do ręki ołówek i wykonał kilka pociągnięć na kartce. Profesor cenił nie tylko wiedzę, ale i samo podejście do pracy. O jego metodach krążyły legendy.
I tak mijały kolejne lata. Ojciec nie mógł darować chłopcu, że porzucił Kalwarię, odmówił pracy, chciał innego losu. Nie mając wsparcia z domu Wojtek przez rok pracował, by przez kolejny, za uskładane pieniądze, uczyć się. Aż przyszedł ostatni rok studiów, rok 1939. Wybuchła wojna. Wojtek początkowo myślał, że za kilka tygodni, jak ruszy Anglia i Francja, uczelnia znów otworzy podwoje dla studentów. Ale 17 września nadzieje rozwiały się, jak pył spod bolszewickich butów. Lwów spłynął krwią, profesorowie zabici, aresztowani, ruszyły sybirskie zsyłki. Uciekł Wojtek do spokojnej wtedy jeszcze Kalwarii. Tam wkrótce odnalazł drogę do partyzantów, nawet później został dowódcą oddziału AK i wiódł życie leśnego żołnierza. Na studia już nigdy nie wrócił. Potem ożenił się, miał liczną rodzinę, po wojnie pracował jako nadleśniczy. Zawsze jednak powtarzał, że warto było się uczyć. Za jego przykładem poszło wielu  innych młodych chłopców i dziewcząt z Kalwarii.
Twój ojciec – usłyszał po latach jeden z synów Wojtka, stojąc nad rodzinnym grobem na kalwaryjskim cmentarzu – to był bardzo mądry i odważny człowiek, wszyscy go podziwialiśmy. Te słowa przybyłej z daleka, kalwarianki dziś już siwej staruszki, są najpiękniejszą nagrodą za upór, dążenie do celu i chęć realizowania młodzieńczych marzeń Wojtka z Kalwarii. 

 

Maria Ryzner-Feduniewicz