paclaw
   

Strażnicy kopystyńskiego grodziska

 

Szumi stary karpacki bór. Brzmią pieśni dawnych rycerzy. Wiele wieków temu nad Wiarem, w licznych grodach wznoszących się wzdłuż prastarego kupieckiego szlaku, biegnącego z południa na północ, tętniło życie. Mieszkańcy strzegli swych praw i wiary, a nade wszystko baczyli, by nikt obcy, o wrogich zamiarach nie przedostał się do grodu. Takich miejsc jak w Kopyśnie było w pobliżu kilka. Największy gród z silną załogą znajdował się w Aksmanicach, nieopodal osady Berendejów. Tu nikt nie obawiał się gwałtownej napaści, bo wały były mocne, a i drużyna wojów, gotowych bronić się, liczna. Grody w Nowosiółkach i Kopyśnie należały do mniejszych.
         Był słoneczny jesienny dzień. Od rana na majdanie trwała krzątanina, kilku kupców ze Wschodu zachwalało piękne tkaniny i biżuterię. W zamian chcieli wywieźć trochę skór niedźwiedzich i borsuczego sadła, które uchodziło za cenny lek na różne dolegliwości. I wtedy to strażnicy z głównej bramy zaczęli bić na alarm, dostrzegli bowiem duży oddział zbrojnych u wrót. Dzikie, odrażające twarze najeźdźców budziły trwogę. Nie było czasu na nic, kto żyw chwytał za broń. Dowódca rycerzy wezwał swojego syna i rzekł:
- Zbierz kobiety, starców, dzieci i przeprowadź ich tajemnym przechodem w dół do Posady Rybotyckiej. Tylko w ten sposób możemy ich ocalić.
- Palcie też ognie i bijcie w dzwony, może usłyszą nas bracia z pobliskich grodów i przyjdą z odsieczą – rzekł do załogi.
         Syn posłusznie wykonał nakaz ojca. Powoli, gęsiego z tym, co udało się unieść, ruszyli mieszkańcy tajemnym tunelem w dół. Ostatni zasunął wielki głaz, by wróg nie poznał, co to za miejsce.
         Gdy dzielny młodzian wrócił wieczorem, w grodzie nie zastał nikogo z żywych. Budowle spalone, wszędzie pełno krwi, jak w rozjemczej mogile trupy tych, co się bronili i tych, co się wdarli. Pochowano ciała zabitych, uprzątnięto majdan, ale do grodu nikt z ocalałych mieszkańców nie chciał już wracać. Opustoszało to miejsce, porosło lasem i ludzie bali się tu przychodzić, bo powiadano, że jakieś dziwne słychać tam głosy.
         Wybrał się raz pewien gospodarz z Rybotycz, licząc na skarby jakoweś i wrócił przerażony i blady jak ściana. Mówił potem, że jakieś dziwne to miejsce, bo cała ziemia rusza się jak żmijowisko, pełna czarnych stworów w żółte plamy.
         Są tam po dzień dzisiejszy i nikogo już nie przerażają, bo nawet dziecko wie, że to salamandry, które tu, z dala od ludzkich oczu, znalazły ostoję.

Strażnicy kopystyńskiego grodziska. Jakich jeszcze tajemnic strzegą?

Maria Ryzner-Feduniewicz