BABCIA  LILA               

 

Tekst JUSTYNA WOŚ

 

 

Z żyjących tylko papież ma w Polsce swego imienia ulice, szpitale, szkoły. Szkole w Młodowicach nadano imię żyjącej pisarki

 

 

 

- Ja tu chyba padnę! Przygotujcie sole trzeźwiące! - żartuje Ludmiła Marjańska. Starsza pani. Siwe włosy upięte w kok. Spod tonu lekkiej samokpiny przebija wzruszenie: - Nigdy nie przypuszczałam, że coś takiego spotka mnie u schyłku życia! -mówi.  Za chwilę wraz z wójtem odsłoni tablicę ze swoim imieniem.

 

Młodowice, gmina Fredropol. Mała wieś rzucona pod samą granicą. I mała szkółka, schowana w cieniu drzew.

—Jedna z tysięcy szkół, ale odtąd będzie jedyna Marjańskiej - akcentuje Maria Ryzner-Feduniewicz, nauczycielka polskiego. Wita gości. Są poeci z różnych stron kraju. Przyjechał kustosz z Muzeum Literatury w Sandomierzu. Pani wizytator z Kuratorium w Rzeszowie. Władze gminne. Dzieci, nauczyciele. Rodzice, absolwenci.

 

Sprawca w okularach

— Artur, wstań! Pokaż się - dyryguje Ludmiła Marjańska. Artur, okularnik, smukły jak wykrzyknik, jest studentem historii w KUL-u. Jako 9-letni chłopiec przeczytał w „Świerszczyku" historyjkę o zakochanym zuchu. Rozemocjonowany napisał do redakcji: czy będzie dalszy ciąg?

Odpowiedziała sama autorka. Potem przysłała mu książkę. I tak miedzy Młodowicarni i Warszawą zaczęła krążyć korespondencja. Artur pisał o rodzeństwie, rodzicach. O przerywaniu buraków, pracach polowych, o porach roku. - Artur zaprosił mnie, ale to trochę trwało, zanim się zebrałam w podróż-wspomina pierwszą wizytę pisarka.

 

W wiejskiej chacie

Wrzesień, 1990 rok.-Artur przyszedł zwolnić się z lekcji, bo miał wyjechać do Przemyśla po panią Marjańską. Miał przy sobie jej fotografię - zapamiętała nauczycielka Maria Ryzner- Feduniewicz. Bała się puścić samego ucznia, wiec pojechała z nim do miasta.

- Od razu go rozpoznałam na peronie - uśmiecha się Ludmiła Marjańska.— Okularnik spoglądał na zdjęcie i na wysiadających z pociągu.

Później napisze, jak to dobrze było jej w Młodowicach. Jak spało się w wiejskiej ciszy i jak budziło się w słoneczny poranek pośród nieznanych dotąd, przyjaznych ludzi.-Wtedy akurat przenieśliśmy się do nowego domu - mówi Zofia Hamryszczak, matka Artura. Mieli więc gdzie przyjąć pisarkę. -  Ale pani Ludmile nie bardzo się to spodobało. Bo myślała o wiejskiej chałupie. W końcu jednak zgodziła się spać w nowym domu. Ale wymusiła: „Jeść będziemy w starym!” Tam, gdzie się gotowało.

 

Przyszywane wnuki

Marjańska, znana poetka i ceniona tłumaczka literatury anglojęzycznej, od lat pięćdziesiątych pisze dla dzieci.

- Najpierw pisała dla nas, dla mnie i mojego brata - mówi córka Maria, slawistka, tłumaczka z czeskiego i słowackiego, redaktor-wydawca z „Guliwera". - Potem pisała dla wnuków.

Dużo publikowała w „Świerszczyku", w „Misiu", „Płomyczku". Ani się spostrzegła, jak urosła jej armia czytelników, przyszywanych wnuków. Artur z Młodowic jest jednym z nich. Ale należy do tych szczególnych. Tak, jak Agata z Częstochowy, rodzinnego miasta poetki.

Dziewczynka uległa wypadkowi. Była operowana, poruszała się o kulach. Poetka odwiedzała ją w szpitalu. Tak powstała książka „To ja, Agata".

-Dziś to dorosła, zdrowa dziewczyna . Chodzi normalnie - opowiada Artur.- Studiuje, bodaj we Wiedniu.

 

Z życia wzięte

Wcale nie jest tak łatwo pisać dla dzieci - uważa pisarka. - Człowiek nie dowierza, że młody czytelnik wszystko zrozumie.

                Ale zniżanie poprzeczki to kardynalny błąd. Musi się dziecko traktować jak partnera. Ludmiła Marjariska zapewnia, że najlepsze inspiracje pochodzą od dzieci. Historie z życia wzięte. Jak ta o Agacie, czy o zakochanym zuchu. - O tym zuchu opowiedział mi mój wnuk Marcin, po powrocie z obozu. A potem dzięki zuchowi poznałam chłopca z Młodowic.

-Te kontakty i spotkania z panią Marjańską rozszerzały moje horyzonty. Szalenie mnie wzbogacały – mówi dziś student II roku historii KUL. -Pobudzały moją wyobraźnię. Wpływały na sposób myślenia i odczuwania.

Opowiada o swoich wizytach upisarki w Warsza­wie. - Kiedy pierwszy raz wróciłem pełen wrażeń ze stolicy, w Młodowicach uderzyła mnie cisza. Odtąd potrafiłem docenić jej wartość.

 

 

Pod starą gruszą

Maria i Wiesław Feduniewiczowie uczą w Młodowicach od 14 lat. Ona polonistka po UJ, on po Akademii Rolniczej, obecnie dyrektor szkoły. Trudne początki. Stara szkoła. Remonty: dach, c.o., woda. Oswajanie miejsca. Czynienie bezpiecznego azylu. Sadzenie drzew i krzewów, które zdążyły wyrosnąć obok starej rozłożystej gruszy. - W jej cieniu poetka pisała wiersze - wskazuje Maria Ryzner-Feduniewicz. Zapamiętała taki szczególny moment: panowała wtedy straszna susza, rok 1994. Pani Ludmiła siedziała pod gruszą i piła kwaśne mleko. - Rozmawiałyśmy o suszy i spękanej ziemi. O życiu. O tym, jak rodzą się wiersze - wspomina nauczycielka. - l potem powstał wiersz  „Lato na wsi".

To było jak olśnienie: ile nawzajem można sobie darować. Feduniewiczowie mówią, że spotkanie, a potem częste wizyty poetki, to dar losu. Dla nich, szkoły, wiejskich dzieci. Otwierał się świat.

 

W ogrodzie świata

Nieprzypadkowo mottem uroczystości są słowa ks. prof. Sedlaka: „Kiedy zaścianek jest przeznaczeniem i nie można go opuścić, trzeba z niego uczynić metropolię".

Zaczyna się program poetycko-muzyczny „W ogrodzie świata". Dzieci śpiewają i mówią wiersze Ludmiły Marjańskiej. Ale jak mówią! Czuje się dotyk słowa. Jego kształt, barwę, zapach. Taki ogród jest też tu, za oknem  -jak zdaje się wskazywać poetka w swych wierszach. Patrzcie: jest tu pliszka w szarym fraczku. Krople rosy, rozległe łąki. Brzęczą pszczoły, unosi się woń miododajnej dziewanny i mięty. Wiatr od Turnicy, Wiaru i Sanu. Cud świata. Ludzie. „Bez ludzi nie istnieję.// Jestem pustym naczyniem"...— wyznaje. W wierszu .Modlitwa" prosi o tych. co są w potrzebie. Żeby mogli pić świeże mleko i mieli „kromkę chleba takiego, jak na wsi pieką".

Zbigniew Żak, wójt Fredropola, odczytuje uchwałę Rady Gminy o nadaniu Szkole Podstawowej w Młodowicach imienia Ludmiły Marjańskiej. - O ile pamiętam - powie później wójt - uchwała zapadła jednogłośnie.

 

Radość patronki

- Nigdy nie przypuszczałam, że tak to wszystko zaowocuje—mówi po odsłonięciu tablicy Ludmiła Marjańska. - Jestem dumna z takiej szkoły, nauczycieli i uczniów. - A dla was jestem babcia książkowa - zwraca się do dzieci. Babcia Lila, jak mówią wnukowie. Ci naturalni i przyszywani.

Propozycję patronatu przyjęła z radością. Bez wahania. Choć w polskiej tradycji imiona bohaterów narodowych, artystów, pisarzy nadaje się pośmiertnie. Podobno Centkiewiczowie dostąpili tego honoru za życia, ale to nie jest pewna wiadomość.- „ I ty się na to zgodziłaś?! To tak, jakbyś umarła!", powiedziała mi pewna znajoma - przyznaje ze śmiechem patronka. - Jest to uhonorowanie, które zobowiązuje. Teraz muszę żyć. I dużo jeszcze pisać dla dzieci!