Rozmowa z wybitną poetką i tłumaczką



Szkoła im. Marjańskiej


Jej wiersze zawsze miały swoich czytelników - uznanie krytyki przychodzi dopiero teraz. Z autorką głośnego tomiku wierszy "Żywica",

 tłumaczką Emily Dickinson, rozmawia Jarosław Mikołajewski
 

 


Jarosław Mikołajewski: Wiersze z "Żywicy" są mocno splecione z życiem - wynikają z konkretnego, nieskrywanego przez Panią doświadczenia, długotrwałej choroby męża...

Ludmiła Marjańska: Wcale nie chciałam ich jeszcze publikować, wydawało mi się, że to za wcześnie. Teraz staram się do nich nie wracać. Przez ponad siedem lat obserwowałam stopniowy zanik osobowości mojego męża. Choroba Alzheimera jest okrutna - człowiek wraca do stanu dzieciństwa, doświadczając wszystkich utrapień starości. Staje się ufnym dzieckiem, którego nie wolno skrzywdzić. Dla osoby, która się nim opiekuje, ta sytuacja jest ogromnie trudna, ponieważ wymaga piekielnej cierpliwości. Nie ?boskiego daru cierpliwości, lecz właśnie ?piekielnej cierpliwości. Trochę tej goryczy znajduje się w tych wierszach, choć przecież musiałam się pogodzić z tą utratą. Byliśmy małżeństwem przez ponad 50 lat...

Dopiero w chwili, gdy widzi się rozpacz tej najbliższej osoby, kiedy ona odchodzi, można w pełni zrozumieć, jak silne łączą z nią więzy. Słyszałam, jak mówi: ?Jestem zgubiony - zapisałam to w jednym z wierszy. Ale ja ciągle to słyszę. Uważam za wielką łaskę, że mogłam to wypisać, bo byłam naprawdę bliska załamania. Bywało, że budził się po kilku minutach snu i pytał wzruszająco: ?Jesteś? Dopiero wtedy zrozumiałam, jak ważne jest słowo ?jesteś. I pewność, że ktoś się za nim kryje, i że jestem potrzebna. Jeżeli mogę coś ludziom teraz powiedzieć i przekazać, to właśnie to, żeby umieli się dzielić, dawać coś z siebie - tej najbliższej osobie, ale i tym dalszym. Z drugiej strony - kiedy jest już po wszystkim, kiedy ktoś już odszedł, to chciałoby się jeszcze mu pomóc. Jeszcze otulić.

Czy pan wie, że moi przyjaciele wybrali fragment wiersza ?Może cię swoim bólem, który pan przytoczył, żeby umieścić go na nagrobku swojego ojca? Nie może być chyba większej nagrody. Poczułam się trochę jak ksiądz Twardowski, którego ?Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą weszło do codziennego użycia. Jeżeli tak to odbierają, to widocznie jednak trzeba było wydać tę książeczkę.

Czy umie Pani nazwać to źródło, z którego płyną wiersze?

- Na pewno niektóre wiersze pisze się pod wrażeniem chwili, kiedy jest piękny dzień, słońce świeci i za oknem - jak pan widzi - kwitnie lipa, która wyrosła na moich oczach i którą nazywam ?moja pokochanowska, moja poczarnoleska, moja lipa śródmiejska. Natomiast na pewno wiersze przychodzą skądś, ale kto nam je przysyła, nie wiadomo. A zatem w samej twórczości jest coś metafizycznego. Czasami leżę sobie wieczorem, prawie zasypiam, i spośród myśli, które przychodzą, wybija się jakieś zdanie, w kółko to samo... Mówię sobie: ?Nie, nie zapalę światła, nie chce mi się, zasypiam. I wiem, że jeśli nie zanotuję, to nazajutrz to zniknie. To zdanie przychodzi z zewnątrz i trzeba je zanotować, a wtedy wiersz sam już płynie.

Choć Pani wiersze zawsze miały swoich czytelników, to krytycy nie poświęcali im należytej uwagi. Dopiero teraz wiersze, którymi trudno się Pani cieszyć, są komentowane, doceniane. Im mniej Pani oczekuje uznania, tym więcej go otrzymuje...

- Właśnie tak to odczuwam. Kiedy się oczekuje jakiejś pochwały, wówczas jej nie ma, a kiedy człowiek chciałby się schować w mysią dziurę ze swoim cierpieniem i jest zażenowany, że w ogóle jeszcze się umie uśmiechać, przychodzi uznanie. Moje wiersze były wielokrotnie odrzucane, a przecież wydawało mi się, że nie są gorsze od tych drukowanych. Aż zrozumiałam, że życie jest ważniejsze od wierszy. Miałam inne satysfakcje - rodzinę, szczęśliwe życie, podróże, przekłady, które sprawiały mi wielką radość...

Może nieuwaga krytyki płynęła z tego, że żyła Pani trochę poza środowiskiem?

- Może... W ogóle rzadko mogłam z kimś porozmawiać o wierszach. Pisywałam je od dawna, trochę naiwnie, i tylko mój ojciec był szczęśliwy, ponieważ bardzo kochał poezję. Co roku dostawałam od niego na Gwiazdkę tomik wierszy. Skamandryci, Leśmian, Staff - to był mój pokarm, prawie od dzieciństwa. Ojciec cieszył się moimi wierszami, lecz później tego, co piszę, nie pokazywałam nawet mojemu mężowi. ?Żywica sprawia wrażenie, że byliśmy bardzo rozumiejącym się małżeństwem, ale mąż nie rozumiał moich wierszy. Zawsze byłam ciekawa, jak wyglądał dialog w takich małżeństwach poetyckich, jak Anna Kamieńska i Jan Śpiewak, Mieczysława Buczkówna i Mieczysław Jastrun, Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki... Ja tego nie doświadczyłam, nawet moje przyjaźnie z innymi poetami należały do rzadkości. Nie uczestniczyłam ani w pracach, ani w rozrywkach pisarzy. Żyłam poezją przedwojenną - pamiętam, jakie wrażenie zrobiło na mnie spotkanie z Tuwimem w 53. Powtórzono mi później jego słowa: ?Wiersze jak wiersze, ale jaka ona ładna. Nie uszczęśliwiły mnie wcale, lecz za to nauczyły pokory.

Choć również wśród rówieśników są ważni dla mnie poeci. Od samego początku ogromne wrażenie wywierała na mnie twórczość Tadeusza Różewicza. On wypowiedział nasze pokolenie, myśmy wszyscy ocaleli ?prowadzeni na rzeź. Z bliższych mi osób mogę wymienić Bogdana Ostromęckiego, który ośmielił mnie do myślenia metafizycznego. Zaprzyjaźniłam się również z Anną Kamieńską. Zresztą teraz złapałam się na tym, że moja ?Żywica to niemal powtórzenie ?Białego rękopisu Anny. Strasznie mnie zdenerwowało, kiedy Miłosz napisał o niej w wierszu ?Nie była wybitną poetką. Ona pisała bardzo dużo i wśród jej wierszy były, owszem, i słabsze, ale były też znakomite. Była mi bardzo bliska. W jakimś sensie to jej zawdzięczam powrót do wiary, do praktyki religijnej.

Wiara wydawała mi się stałym punktem odniesienia dla Pani poezji. Z tego, co Pani mówi, wynika, że nie zawsze była tak silna, jak można by sądzić, czytając "Żywicę"...

- Niestety, nie. Kryzys przeżyłam w 45. Dwa tygodnie po moim ślubie umarła moja matka. To był szok - miałam nadzieję, że zobaczy kiedyś moje dzieci, byłyśmy bardzo związane. Mieszkaliśmy w Częstochowie, pod samym klasztorem. Kiedy matka straciła przytomność, pobiegłam do kaplicy i błagałam, żeby Maryja pozostawiła ją przy życiu. No i wtedy się obraziłam. To bardzo dziecinne, ale tak bywa, że człowiek się obraża na Pana Boga. Przestałam praktykować, nie miałam takiej potrzeby. Ale życie bardzo zmienia, i doświadczenia wewnętrzne uświadamiają pewne potrzeby i konieczności. Teraz wydaje mi się, że bez Boga człowiek jest ubogi. Anna pomogła mi to zrozumieć. Ale to moje prywatne odczucie. Są filozofowie, którzy uważają, że można znaleźć mądrość również bez wiary.

Ważna część Pani twórczości to przekłady - tu częściej spotykała się Pani z uznaniem, była Pani nagradzana...

- Kiedy przełożyłam pierwszy wiersz z angielskiego, miałam 17 lat. Języka uczyła mnie wspaniała pani Róża Geislerowa, nasza sąsiadka. Wspominam ją z wielkim wzruszeniem. Była Żydówką i kiedy wybuchła wojna, zapytała, czy mama może przechować trochę ich rzeczy. Zaproponowała, że w zamian będzie mnie uczyć za darmo języka. To były lata 40-41, zbliżało się utworzenie getta. Pamiętam, że najpierw przywędrowało do nas pianino. Cóż, miałam bezpłatne lekcje angielskiego - inaczej nie byłoby mnie stać, żyliśmy w strasznej nędzy. Chodziłam jeszcze do niej do getta...

Kiedy zaczęła Pani świadomie wybierać autorów do przekładów?

- Cóż, najpierw pisałam własne wiersze, pod skamandrytów. Potem zajęłam się rodziną - mąż studiował, ja pracowałam, pojawiły się dzieci... Pewnego razu postanowiłam potłumaczyć Roberta Burnsa - jego wiersze były takie pogodne, piosenkowe... Przełożyłam kilka i z ulicy poszłam do PIW-u. Przeuroczy redaktor Lewik przyjął mnie bardzo życzliwie i powiedział, że to się świetnie składa, bo będą właśnie wydawali Burnsa. Potem były sonety Elizabeth Browning - ja strasznie lubiłam rym i rytm. To już wyszło jako mój wybór w celofanowej serii PIW-u. Shelley, Keats, Whitman, Yeats - tych przekładów jest dużo, wiele jest rozproszonych, ale duża ich część znalazła się w trzytomowej antologii ?Poeci języka angielskiego pod redakcją Krzeczkowskiego (1969-74).

I wreszcie zabrała się Pani za samą Emily Dickinson, i to po Iłłakowiczównie, poetce z pokolenia, które Pani tak ceni.

- Dickinson przywiozłam sobie z Ameryki. Na czwartym roku studiów anglistycznych dostałam stypendium do USA. To był rok rozłąki z rodziną, bardzo trudny, który jednak zaowocował odkryciami. Wtedy właśnie zetknęłam się z Emily Dickinson. Przetłumaczyłam kilkadziesiąt wierszy, zaniosłam do PIW-u, a oni mi na to, że, niestety, właśnie wydają przekłady Iłłakowiczówny. Pracowałam wtedy w radiu i zaprosiłam panią Kazimierę do nagrania wierszy - miałam okazję ją poznać. Dla mnie Iłła była kimś w rodzaju świętości narodowej, a oto zobaczyłam ją na własne oczy. Zapytałam: ?Czy pani wie, że mam swoje przekłady Dickinson?. Zaproponowała mi wtedy napisanie wstępu do swoich tłumaczeń, ale odmówiłam. Moja Dickinson wyszła w tomie dopiero dzięki wydawnictwu Twój Styl w 1999 roku. Odważyli się to wydać - to było odważne, bo przecież istniał już również wybór Barańczaka. Miał to być pierwszy z dwóch tomów - drugą część obiecali wydać po roku, ale, niestety, przyszły trudności finansowe i moja Emily leży do tej pory.

Satysfakcja z przekładu to trudna radość...

- Poczucie zadowolenia to świadomość, że udało się napisać polski wiersz, który oddaje mniej więcej to, co zawarł autor oryginału. Bo przecież nigdy nie oddam tego tak dokładnie, jak bym chciała. Przez cały rok po powrocie z USA nic nie zrobiłam, bo chciałam, żeby przekłady były tak dobre jak oryginały. Rok trwało, zanim się oswoiłam i pomyślałam, że trzeba całkowicie wejść w język polski. Poczucia triumfu nie mam, czasami jestem zadowolona jak właśnie w przypadku Dickinson. Ale są dwa-trzy wiersze przetłumaczone przez Iłłę, których nie da się ugryźć inaczej niż ona. W pełni uznaję te jej przekłady. Często drażni mnie jej język, ale przecież Emily też miała dziwny język. Może Iłłakowiczówna była lepsza, bo wczuwała się w epokę? Ale z drugiej strony - Dickinson była nowoczesna, mówiła bardzo współcześnie...

A jak doszło do powstania Szkoły im. Ludmiły Marjańskiej?

- To niezwykła historia. Pod adres ?Świerszczyka, do którego pisałam opowiadanka, napisał do mnie dziewięcioletni Artur z Młodowic, miejscowości pod Przemyślem. Odpisałam mu i tak wywiązała się korespondencja. Przez kilka lat jeździłam tam na spotkania, aż oto nagle otrzymałam list, w którym nauczycielka Artura, wspaniała pani Feduniewicz, spytała, czy zgodziłabym się zostać patronką szkoły. Wie pan - to jest mój Nobel. Zobowiązujący, ale nie tak przygniatający jak Nobel Wisławy Szymborskiej, którą ten zaszczyt chyba przytłoczył. Ona jest bardzo skromna i ta sława jej na nic. ?Nie wiem, co się dzieje z czasem - napisała do mnie. A mój Nobel nie zabiera mi czasu, tylko mnie cieszy. Nie ma pan pojęcia, co czułam, kiedy odsłaniano tablicę z napisem ?Szkoła imienia Ludmiły Marjańskiej. Zdawało mi się, że już nie żyję.

ROZMAWIAŁ JAROSŁAW MIKOŁAJEWSKI

* Ludmiła Marjańska - prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w latach 1993-96, autorka wielu zbiorów wierszy, m.in. ?Żywica (Czytelnik 2001), ?Blizna, ?Zmrożone światło, ?Prześwit i kilku powieści. Urodziła się 26 grudnia 1923 r. w Częstochowie, absolwentka anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Tłumaczyła wielu poetów anglojęzycznych,

m.in. Dickinson, Whitmana i Yeatsa

Ludmiła Marjańska
Może cię swoim bólem

w zimnej ziemi otulę

Może cię jasną nadzieją

myśli moje ogrzeją

Tylko bezradne ręce

nie mogą uczynić

nic więcej

***

Każdy dzień jest otwartą raną

jak czarne wnętrze tulipanu

Z tłumaczeń Emily Dickinson: 303 (The soul selects)
Dusza sama towarzystwo dobiera -

Potem drzwi zamyka - na łańcuch -

Nie prowadź nikogo więcej

Między jej świetnych wybrańców -

Niewzruszona - patrzy jak rydwany

Przystają u drzwi ubogich -

Niewzruszona - choćby cesarz

ukląkł

Na słomiance pod progiem -

Wiem - widziałam - z licznego

narodu

Jednemu podała ramię

I zawarła podwoje uwagi -

Jak kamień -